9 sty 2018

Find your way




Na zegarku godzina 8:30. Mroźny, styczniowy poranek. 
Słońce leniwie przedziera się przez okna, pieści spragnioną, suchą skórę.
 Przeciągam się, a w głowie momentalnie pojawia się tysiąc myśli. Jak wykorzystać ten dzień? Jak dobrze wykorzystać to słońce, które już samo w sobie jest ogromnym powodem do radości? 
Opcji jest wiele. 

A) możesz zostać dłużej w łóżku, rozkoszując się tym wolnym porankiem, kiedy nie musisz się nigdzie spieszyć, nigdzie gonić; możesz leżeć pod kołdrą i obserwować jak promienie słońca tańczą po suficie,
B) możesz żwawo wstać, wykonać poranne ćwiczenia, przygotować swoje ulubione śniadanie, w spokoju wypić kawę, przeczytać rozdział książki 
C) możesz rzucić się w wir obowiązków, których z dnia na dzień wcale nie ubywa i kompletnie zapomnieć o takiej drobnostce, jaką jest słoneczny dzień - wieczorem będziesz żałować, że nie zatrzymałeś się ani na moment żeby poczuć na twarzy ciepłe promienie słońca, 
D) możesz wyjść na spacer, założyć czapkę, szalik, grube skarpety i pozwolić stopom zadecydować o kierunku, który obiorą. 

Pamiętaj - nie ma dobrej lub złej opcji. Każda jest inna, bo każdy z nas jest inny. Każdy inaczej przeżywa swoje życie, inaczej kontempluje codzienność, inaczej przeżywa codzienne błahostki takie jak słoneczny dzień.
Ja z całych sił zaciągam się tym rześkim, mroźnym powietrzem i czuję, że to będzie dobry dzień.
Bez względu na to, jak wiele rzeczy mam do zrobienia i jak wiele jeszcze czeka mnie w tym tygodniu.
Skupiam się na tu i teraz.
A tu i teraz jest pięknie :) 


29 gru 2017

The end of the year



Jak to mawiają: święta, święta... i po świętach!
Jak zwykle ten świąteczny czas zleciał nie wiadomo kiedy, pozostawiając po sobie zbędne kilogramy i jeszcze ciepłe wspomnienia, które z pewnością warto przechowywać w pamięci. 

Te dni bezpośrednio po świętach i przed Sylwestrem zawsze wzbudzają we mnie ogromną melancholię i pewnego rodzaju smutek.
 I choć powtarzam sobie, że przecież coś się kończy, ale też coś się zaczyna, to mimo wszystko moje serce nie chce słuchać głosu rozsądku i wypełnia się smutkiem po brzegi. Cóż więc mogę zrobić, jak tylko pozwolić mu się rozgościć, na tych kilka dni przed Nowym Rokiem?
Niech sobie pobędzie. Ja się go nie boję. Całe szczęście już nie. 

Wiecie, rok 2017 był dla mnie słodko-kwaśny.
Mnóstwo drobnych sukcesów, wygranych walk z samą sobą, ale równie dużo porażek, pomyłek, błędów. Jednak nie dziwi mnie to, bo tak to już w życiu jest. Szczęście jest równoważone smutkiem, bólem, stratą, rozczarowaniem. Nie możemy być wiecznie szczęśliwi, tak się po prostu, najzwyczajniej w świecie nie da. 
I choćbyśmy nie wiem jak mocno zaklinali to życie, los, czy nawet Boga - ból będzie nam towarzyszył w naszej codzienności. Ból jest nieodłącznym elementem naszego istnienia, dlatego nie ukrywajmy się przed nim - bo i tak w końcu nas dopadnie.

Jednak dziś nie chcę się skupiać na tych przykrych aspektach mijającego roku.
Chcę zachować w pamięci te momenty, które były w swojej prostocie piękne, dzięki którym doświadczyłam całej gamy emocji, które zostawią trwały ślad w mojej psychice i co ważniejsze - w sercu.
Teraz zamykam oczy i widzę jak w kalejdoskopie przewijające się obrazki - to wspomnienia, które wywołują przyjemny dreszcz. Widzę góry, słyszę szum morza, wspominam podróże, które tak wiele uzmysławiają i pokazują, które po prostu kształcą i wzbogacają.
Na szczęście oglądając w pamięci ten krótkometrażowy film zatytułowany "rok 2017" widzę też ludzi. Ludzi, którzy wciąż, bez zmian, na dobre i na złe, trwają przy mnie, którzy akceptują mnie w pełni taką, jaka jestem, którzy wspierają mnie we wszystkim, czego się podejmuję i do czego dążę.
To właśnie tym ludziom jestem najbardziej wdzięczna, bo dzięki nim wciąż mam siłę do walki z codziennością, która nie zawsze jest tak łatwa i przyjemna jak się wydaje.

W tym roku nosiłam w sercu wiele zwątpienia, wiele razy spisywałam samą siebie na straty, nie dając sobie szansy na rozwój, na zmianę. Jednak za każdym razem, gdy podcinałam sobie skrzydła i spadałam na ziemię - miałam tak twarde lądowanie, które dobitnie uświadamiało mi, że nigdy nie będę mieć życia usłanego różami, ale może właśnie dlatego warto wciąż wzbijać się ku górze. Przekraczać swoje możliwości. Zamiast być swoim największym wrogiem - w końcu polubić siebie. Nie łamać sobie swoich własnych skrzydeł, tylko posklejać je do kupy i znów uczyć się latać. Nauczyć się siebie na nowo. Polubić swoje wszystkie odcienie, nawet te najbardziej mroczne. Pokochać swój uśmiech i czerpać z niego siłę. W nadchodzącym roku wciąż będę uczyć się, jak odpuszczać. Bo czasami nie warto usilnie trzymać się tego, co nam ciąży. Co utrudnia wzbicie się do lotu. Czasem warto odciąć się od tego balastu, chociaż jest to trudne i bolesne. Dlatego jeśli czujesz, że coś ciąży Ci jak kula u nogi - puść to. Pozwól sobie na życie bez zbędnych obciążeń. Życie samo w sobie jest ciężkie, nie musisz go sobie dodatkowo utrudniać.
W przyszłym roku chciałabym częściej śmiać się pełną gębą, nie przejmować się wszystkim dookoła, nie starać się dorównać innym za wszelką cenę, nie porównywać się z tymi, którzy są w innym miejscu niż ja, nie dokopywać samej sobie w momencie, gdy akurat przytrafi mi się słabszy moment. Nie wymagać od siebie więcej, niż jest to fizycznie możliwe. Być bardziej wyrozumiałą dla siebie i swoich błędów, porażek, niedociągnięć, niedoskonałości.
I wciąż cieszyć się drobnymi rzeczami, które są w stanie zachwycić mnie do głębi.
Jedno jest pewne: w roku 2018 wciąż będę pielęgnować swoje wewnętrzne dziecko, które uczy mnie radości z małych rzeczy, które nie pozwala mi zwątpić, które w ciężkich chwilach zaciska mocno pięści i ze łzami w oczach - po prostu każe mi iść do przodu.

Nie będę tu pisać o postanowieniach - myślę, że każdy z nas ma w sercu drobne lub większe marzenia, które każdego roku postanawia spełnić, dlatego napiszę tylko, że mocno trzymam kciuki za to, żeby zarówno moje, jak i Wasze marzenia dojrzały do tego, aby móc je spełnić.
Bo wbrew pozorom - marzenia same się nie spełniają, należy wziąć je w swoje ręce i trochę im w tym pomóc ;-)


22 gru 2017

Świąteczny haul ciuchlandowy



Cześć kochani!
Jak tam Wasze przygotowania do świąt? 
Uwijacie się niczym mróweczki w ukropie, czy może przygotowujecie wszystko powoli i spokojnie? Ja zdecydowanie zaliczam się do tej drugiej grupy, bo zwyczajnie męczy mnie ta cała gorączkowa atmosfera pełna napięcia. Nie widzę w tym większego sensu, ale o tym...może innym razem ;-)

Dziś chciałam się z Wami podzielić moimi ostatnimi łupami z ciuchlandu, bo doskonale wiem, że takie wpisy wciąż należą do jednych z Waszych ulubionych i sama również lubię je dodawać :)

Muszę przyznać, że już tak dawno nie buszowałam w second handach, że zdążyłam za tym zatęsknić! Co prawda nie liczyłam na bardzo obfite łowy, bo na zakupy wybrałam się w dzień, kiedy wszystkie ubrania kosztowały złotówkę, ale o dziwo - udało mi się znaleźć kilka perełek.

 Jeśli jesteście ciekawi, co tym razem wpadło w moje ręce... to zapraszam do dalszej części wpisu!

* * * 

14 gru 2017

River flows in you




Pewnie niewiele osób się ze mną zgodzi, ale chorowanie czasami potrafi mieć swoje plusy. 
Nie żebym jakoś specjalnie lubiła chorować - wręcz przeciwnie, choroba szybko zaczyna doprowadzać mnie do szału, bo ileż można leżeć plackiem w łóżku, nie mieć siły kompletnie na nic i marnować miliony chusteczek na dmuchanie nosa, z którego nieustannie płynie rzeka (bynajmniej nie marzeń). Niemniej jednak dzisiaj, kiedy przez okno nieśmiało zaczęło przedzierać się słońce - poczułam wenę na zrobienie zdjęć. Jako iż nie miałam nikogo do pomocy, musiałam zdać się na samą siebie i swój wrodzony spryt (:D). Posłużyłam się więc telefonem, odnalazłam zapomnianą funkcję samowyzwalacza... i tak powstało tych kilka ujęć. Nic nadzwyczajnego, ot domowe pstryki, w dodatku w totalnym twarzowym nieogarze. Jednak wiecie co? Muszę przyznać, że to właśnie w takich zdjęciach widzę prawdziwą siebie. Chyba już do końca życia będę mieć ogromny sentyment do autoportretów, bo to od nich zaczęła się moja przygoda z fotografią. Prawdą jest, że nikt nie potrafi ująć nas tak, jak my sami - bo przecież nikt nie zna nas tak dobrze, jak my siebie znamy.
Te chwile sam na sam z aparatem (tudzież telefonem) są dla mnie bardzo intymne i w stu procentach szczere. 
I tak, w tych kilku zwykłych zdjęciach wykonanych telefonem widzę prawdziwą Dominikę. Ze wszystkimi niedoskonałościami, lękami, kompleksami, wrażliwością, smutkiem poupychanym gdzieś po kieszeniach, ale też z zacięciem i uporem, który nigdy nie pozwolił mi zwątpić.
 I bardzo lubię taką wersję siebie, wiecie?